16
stycznia
16
stycznia

W drugim tygodniu roku na rynkach finansowych kontynuowane było odwracanie „Trump trades” z końca 2016. Upływ czasu leczy rany ale także sprzyja refleksji. Inwestorzy najwyraźniej przemyśleli swoje działania z okresu po wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych i doszli do wniosku, że być może w pewnych sprawach przesadzili. Z całą pewnością zjawisko to dotyczy dolara amerykańskiego. Od początku roku, kiedy indeks DXY ustanowił tegoroczny szczyt, jego wartość spadła o 2%. To spora zmiana, ale w pierwszej połowie dolar osłabł o prawie 7% w stosunku do koszyka walut. U podstaw tego zjawiska leży obecnie sceptycyzm co do powrotu inflacji ale przede wszystkim co do realizacji zapowiedzi podwyżek stóp Fed. Utrata wiary dotyczyła więc w gruncie rzeczy realizacji przedwyborczych zapowiedzi Donalda Trumpa. Ze zmianami kursu walutowego powiązana jest sytuacja na rynku obligacji Stanów Zjednoczonych. Po osiągnięciu w tydzień po wyborach szczytu na poziomie 2,6%, rentowność 10-letniego benchmarku spadała i proces ten trwał także w drugim tygodniu stycznia. W piątek 13-go na otwarciu sesji wynosiła ona 2,34%. Nowością w tym roku jest natomiast to, że obligacje Niemiec zaczęły zachowywać się zupełnie inaczej i ich rentowność rośnie. W rezultacie różnica w rentownościach zaczęła spadać. Tu ujawnia się natura powiązania kursu walutowego i różnic w rentowności. Zasada parytetu stóp procentowych mówiąca nam, że kurs walutowy zmienia się tak jak spread w stopie zwrotu z obligacji sprawdza się także w przypadku dolara amerykańskiego i euro.
 
Mimo trwającej od początku roku korekty, spread rentowności 2-latek Niemiec i USD jest najniższy w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Jego wzrost był szczególnie dynamiczny po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta. Tydzień po tym wydarzeniu spread osiągnął 2,05 punktu procentowego, obecnie jest to 1,89 pp.

Spadkom rentowności towarzyszyło wyhamowanie wzrostów na giełdach. W omawianym tygodniu S&P500 do czwartku stracił 0,3%, Nasdaq wzrósł o skromne 0,5%. W Europie Zachodniej, za wyjątkiem Londynu, gdzie FTSE 100 wzrósł o 1,5%, przy niewielkiej zmienności, indeksy praktycznie nie zmieniły wartości. Konsekwentnie, lepiej zaczęły się zachowywać rynki wschodzące, które po 8 grudnia 2016 weszły w korektę spadkową. Indeks rynków wschodzących MSCI stracił do Świąt 4,3%, aby od tego czasu rosnąć. Tylko w omawianym tygodniu jego wartość wzrosła o 1,8%. Tak jak „efekt Trumpa” po wyborach, tak trwająca od początku roku korekta wydaje się być nieco przesadzona. Niestety, skłonność do silnych reakcji towarzyszy rynkom już od dawna i osiągnięcie stanu, w którym zmiany w amerykańskiej polityce i globalnej inflacji będą poprzedzone zdecydowanymi ruchami.
10
stycznia
09
stycznia
2016 za nami, pora więc na krótkie podsumowanie. W powszechnym odbiorze nie był to łatwy rok, narzekania słychać było ze wszystkich stron, a wskazywano głównie na politykę, jako źródło nieszczęść. Rzeczywiście, globalny zwrot ku populizmowi może niepokoić i na pewno takie zdarzenia jak decyzja Brytyjczyków o opuszczeniu Unii Europejskiej czy wybór Donalda Trumpa mogły zaskoczyć. Jeszcze bardziej mogła zaskoczyć reakcja rynków finansowych, które nieodmiennie przechodziły w tryb „risk on”. Efektem tych zaskoczeń były wzrostu cen ryzykownych aktywów i to nierzadko zupełnie nie tych, które powinny.
 
Na temat rynków finansowych w zeszłym roku można napisać opasłe tomiszcze, formuła przeglądu tygodniowego pozwala na rzut oka z lotu ptaka. Powyższe zestawienie już właśnie na ten pierwszy rzut oka pokazuje, że nie było tak źle jak ludzie mówią. Zarobić, a przynajmniej nie stracić dało się praktycznie na wszystkim. Wyjątek stanowiły ziarna i chińska giełda, choć nie wiązałbym tego drugiego z faktem, że najgorszą inwestycją był ryż. Warto zaznaczyć, że jest to indeks skupiony na „starej gospodarce”, ponad 50% stanowią spółki finansowe i przemysłowe. IT i opieka zdrowotna to niecałe 14% wskaźnika, choć te bardziej reprezentatywne dla XXI wieku sektory nie wypadły w 2016 rewelacyjnie – NASDAQ dał zarobić 7,5%. 2 punkty procentowe mniej niż S&P 500 i znacznie poniżej 13,4% Dow Jones’a. Giełdy europejskie także nie były liderami wzrostów, choć 6,9% w przypadku DAXa nie daje powodów do narzekań. Ogólnie jednak Stary Kontynent pozostawał w tyle za Ameryką, Euro Stoxx 50 wzrósł tylko o 0,7%, choć trzeba tu przypomnieć, że znakomicie wypadły akcje Brytyjskie – FTSE 100 wzrósł o 14,4%. Lepszy był tylko moskiewski RTS, który zwyżkował o prawie 27%, co znowu przenosi nas w świat surowców, tym razem jednak energetycznych i metali. Za taką siłą rosyjskiego rynku stały bowiem zwyżki cen ropy o 55% i gazu ziemnego o 60%. Cyna zdrożała o 45%, pallad o 21%. Relatywnie nieciekawie wypadło złoto, które zyskało 8,6%. To mniej, niż dały zarobić brytyjskie obligacje, zysk z których wyniósł aż 10,5%, co było efektem między innymi akomodacyjnej polityki Bank of England. Gdyby nie końcówka roku, w której inwestorzy uwierzyli w powrót inflacji, za to stracili wiarę w omnipotencję banków centralnych, także inne rynki obligacji dostarczyłyby dobrych zysków. Ale nawet mimo słabszego okresu po amerykańskich wyborach prezydenckich zysk z niemieckich bundów wyniósł 4%. Amerykańskie skarbówki dały zarobić tylko 1,1%, nie jest to jednak nic dziwnego w obliczu wznowienia cyklu podwyżek stóp procentowych. Posiadacze polskich obligacji SP wyszli na zero, w przeciwieństwie do tych, którzy zainwestowali w polskie akcje: WIG wzrósł o 11,4%. Motorem napędowym były spółki średniej wielkości, liderem wzrostów wśród warszawskich indeksów był mWIG40: +18,2%.

2016 był rokiem zaskoczeń i wysokiej zmienności. Jednak inwestorzy, którzy konsekwentnie trzymali się fundamentów czyli zainwestowali w akcje, nie mają powodów do narzekania.
02
stycznia
30
grudnia

Paradoksalnie, jeszcze za wcześnie na podsumowanie roku 2016, kto wie, co jeszcze się wydarzy do końca tego roku. Za to najwyższa pora na prognozy na 2017. Będzie to z całą pewnością rok interesujący, gdyż w 2016 zaszło kilka ważnych zmian i 2017 może być sprawdzianem jak wygląda nowa rzeczywistość.

Najbardziej widoczne zmiany dotyczyły oczywiście polityki. Z małym wyjątkiem Austrii, gdzie górę brały tendencje populistyczne. Wcześniej pojawiały sygnały, takie jak zwycięstwo PiS w Polsce, które łatwo było zignorować. Brexit zmienił percepcję wzrostu znaczenia populizmu, amerykańskie wybory prezydenckie nie pozostawiły żadnych wątpliwości, że zjawisko stało się poważnym problemem. W 2017 okaże się, jak silne są procesy rozkładające tradycyjne demokracje od wewnątrz. Najważniejszym testem będą wybory prezydenckie we Francji. Na razie sondaże wskazują na niewielkie szanse Marine Le Pen, jednak podobnie było we wszystkich innych przypadkach zwycięstwa populizmu. Moim zdaniem szanse jej wygranej są bardzo wysokie, a w takim scenariuszu przyszłość Unii Europejskiej maluje się w bardzo ciemnych barwach. Wydarzenia takie jak grudniowy zamach w Berlinie będą wzmacniały populistyczną prawicę w całej Europie. Już teraz Partia Wolności Geerta Wildersa w Holandii prowadzi w sondażach i choć mówi się, że z uwagi na brak zdolności koalicyjnej nie będzie raczej rządziła, nie można tego lekceważyć. Tak jak nie można przyjąć za zagwarantowane zwycięstwa partii Angeli Merkel w jesiennych wyborach w Niemczech. To znaczy, CDU zapewne wygra ale zarówno w Niemczech jak i w Holandii partie mainstream’owe będą zmuszone przejąć część retoryki i programów partii demagogicznych aby przejąć jakiś odsetek elektoratu. Ani retoryka ani programy tych ugrupowań nie są postrzegane jako sprzyjające rynkom finansowym.

Rok 2016 mamy szansę zapamiętać jako rok, w którym przestały spadać stopy procentowe i wróciła inflacja. Jest to powiedziane z punktu widzenia gospodarek rozwiniętych, choć i wiele wschodzących, jak choćby Polska, także doświadczyło deflacji. To mało prawdopodobne aby stopy procentowe rosły systematycznie przez cały rok, w 2017 nadal będzie działało wiele znoszących się wzajemnie czynników. Globalny powrót inflacji to przecież w pewnej mierze efekt wzrostu cen ropy naftowej, która odbiła się od dna, ale który to wzrost będzie mocno limitowany. Dokładnie to samo dotyczy innych surowców. Nie można zapominać o dywergencji polityk pieniężnych największych gospodarek: amerykańskiej i europejskiej. Program skupu aktywów EBC będzie trwał co najmniej do końca przyszłego roku, co będzie skutecznie ograniczało możliwość wzrostu rentowności na całej krzywej dochodowości. Już teraz różnica w rentowności długoterminowych obligacji niemieckich i amerykańskich jest najwyższa w historii i wszystko wskazuje na to, że będzie rosła. To zaś oznacza mocnego dolara. Ta prognoza wydaje się dość pewna, zwłaszcza, że należy również oczekiwać wyższej inflacji w Stanach Zjednoczonych niż w Strefie Euro. Prognozy na koniec 2017 to odpowiednio 2,3% i 1,3%.

Po nieco słabszym 2016, światowy wzrost gospodarczy ma przyśpieszyć do 3,2% w 2017. Najszybciej będzie rozwijać się Azja (bez Japonii): +5,9%, najwolniej zaś Strefa Euro: +1,4% i Japonia +1,0%, choć w przypadku tej drugiej część analityków skłania się ku poglądowi, że może być to znacznie więcej, a to za sprawą stymulacji fiskalnej. I właśnie ona, w skali całego globu, stała się tematem numer jeden, zastępując politykę monetarną, która przeżywa kryzys zaufania. Inwestorzy utracili bowiem wiarę w omnipotencję banków centralnych, w szczególności zaś przestali wierzyć, że polityka pieniężna wywoła szybszy wzrost gospodarczy. Problem z polityką fiskalną jest jednak taki, że niewiele państw na nią stać. W 2017 możemy spodziewać się działań ze strony administracji Donalda Trumpa, choć tu istnieje ryzyko sprzeciwu republikańskiej większości w obu izbach. W Strefie Euro największy potencjał do pobudzania gospodarki ma rząd Niemiec, tu jednak na przeszkodzie stanie zapewne doktryna równoważenia budżetu. Uchwalony na 2017 rok przewiduje nadal nadwyżkę budżetową, około 0,3% PKB. Tak więc pomijając Chiny, które mają co wydawać i Japonię, która od dawna już nie ma żadnych zahamowań w kreowaniu długu publicznego, świat dzieli się na kraje, które chcą stymulacji fiskalnej ale je na nią nie stać i kraje, które na to stać, ale nie chcą. Wniosek nie jest zbyt wesoły dla rynków, gdyż może okazać się, że stymulacji fiskalnej po prostu nie będzie, a przynajmniej nie w takiej skali, na jaką liczyły.

Choć czynników ryzyka jest wiele, nadzieje na niezły inwestycyjnie rok dają dwa zjawiska. Pierwsze to dalsza poprawa sytuacji gospodarczej, druga to powściągliwość rynków w reakcji na wydarzenia polityczne w 2016. Jeżeli tak samo będzie w 2017, zmienność będzie mniejsza niż można się spodziewać. Lepsze makro i ograniczona zmienność tworzą preferencje dla bardziej ryzykownych aktywów, zwłaszcza, że stopy procentowe będą raczej rosły niż spadały, co mocno ogranicza pole manewru w przypadku obligacji.

 

Ta strona używa plików cookies. Kontynuując wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. Dowiedz się więcej w tutaj.
Akceptuję  |   Ukryj